Zwiedzanie czas zacząć!

Mieliśmy zwiedzać od samego rana jednak jet lag dał się nam we znaki i zaczeliśmy łapać tuk tuka dopiero ok. 12. Trzeba zaznaczyć, że aby dostać się w okolice centrum najpierw musimy dostać się na stacje Andheri, a następnie pociągiem miejskim dojechać na Churchgate, co trwa średnio 40 minut.

Zwiedzanie rozpoczeliśmy od zjedzenia chicken rolli i pójścia spacerkiem na Marine Drive. Jednak długo tam nie zabawiliśmy, bo strasznie prażyło słońce, a na Marinie nie było cienia. Szkoda, że nie mogliśmy tu przyjść wieczorem, bo podobno jest cudownie oświetlona i wygląda jak naszyjnik pełen klejnotow (określenie pewnego Indusa).

Jako,  że był pięky dzień, nie braliśmy taksówki (w centrum nie ma tuk tuków), tylko poszliśmy na nogach obejrzeć Victoria Terminus. Patrząc na ogrom różnorodnych kramików można odnieść wrażenie, że jadąc do Indii nic nie trzeba ze sobą brać, ponieważ wszystko jest na miejscu:) Z VT poszliśmy w stronę centrum i po drodze napotkaliśmy się na filmowanie jakiejś sceny z kina bollywoodzkiego. Przy okazji ukazał nam się piękny widok na Churchgate, wystający zza roślinności miejskiej w Indiach. Notabene, niejedno miasto mogłoby wziąć przykład z tego, jak Mumbai potrafi zagospodarować zieleń! Czasami to ma się wrażenie, że to miasto w pewnym momencie wyrosło z (ale nie zastąpiło!) dżungli.

Po chwili drogi dotarliśmy do katedry św. Tomasza, wybudowanej po przejściach przez Brytyjczyków. Są tam nawet prowadzone msze, ale zupełnie z rana, więc się nie załapaliśmy – skończyło się jedynie na zdjęciu, choć katedra sama w sobie jest bardzo prosta.

Ostatnim landmarkiem, jaki odwiedziliśmy, był Gate of India – wrota Indii, które zostały wybudowane w 1924 na cześć króla Jerzego V, który przybył do Indii w 1911, a przez które ostatni żołnierze opuszczali Indie w 1948.

Na przeciwko wrót stoi wspaniały hotel Taj, który został wybudowany przez paryskiego przemysłowca J.N.  Tana w odwecie za odmówienie mu wstępu do najlepszego wtedy hotelu – Watson’s. Ironicznie, Watson’s już dawno nie istnieje, natomiast Taj do dziś dumnie stoi i spogląda na brzeg morza.

Po całym tym zwiedzaniu postanowiliśmy, że czas się zrelaksować. Tak więc wylądowaliśmy w kinie Regal jednym z niewielu, gdzie zdarzają się angielskie napisy w filmach. Niestety, trafiliśmy na film sensacyjny Ab Tak Chappon 2, bez napisów, za to z indyjską wersją Jean Reno w wydaniu „Leon Zawodowiec” 😀 I tak było zabawnie, no bo byliśmy świadkami tego, jak to Indusi kino faktycznie traktują jak film w salonie. Nie stronią od głośnego śmiechu, gwizdów, komentarzy i okrzyków w (jak się domyślamy) co lepszych momentach filmu.

Szukając restauracji po wyjściu z kina zostaliśmy zaczepieni przez agenta, który zbierał europejczyków do filmu bollywoodzkiego, w którym ma się pojawić scena imprezy w hotelu w Europie. Jednak taniej wychodzi zebranie statystów, żeby robili za „białe tło” – magia kina 🙂 Niestety, rano dostaliśmy sms’a, że kręcenie jest przełożone o 2 dni, a nas wtedy już nie będzie w Mumbaju. Okazja więc przepadła 🙁

Pocieszyliśmy się przepysznym chicken i mutton thali w Majestic Restaurant, leżącym – o ironio – na przeciwko słynnego, a przereklamowanego Leopold Cafe. To popite Colą (która faktycznie smakuje inaczej, choć wcale nie gorzej, niż nasza) i „specjalną herbatą”, która przypomina delikatnie, ale dobrze przyprawioną bawarkę.

Pojedzeni wróciliśmy na Churchgate, kupilismy gorące samosy prosto z piecyka, i wsiedliśmy na pociąg do domu. W pociągu mieliśmy szczęście spotkać tzw. hijara (czyt. hidźada), która to jest najniższą z najniższych kast, przeklęta i napawająca Hindusów lekkim strachem. Dokładniej to jest mężczyzna przebrany za kobietę (co wynika z przeklęcia, nie odwrotnie), która zbiera datki i albo błogosławi, albo przeklina tego, kogo zaczepi, w zależności od tego, czy dał datek, czy nie. Błogosławieństwo polega na tym, że bierze na siebie ciężar życiowy danej osoby, natomiast przekleństwem jest zrzucenie zebranych ciężarów na delikwenta. My przykładnie daliśmy datek („ten rupees pleaaaaaaase!”) i zyskaliśmy to pierwsze. Oby się przydało na resztę podróży 🙂 [dalej nie mogę zapomnieć uczucia uścisku ‚jej’ dłoni – Chimp]

Z tym miłym akcentem dojechaliśmy do Andheri, po czym standardowo – tuk-tuk i do domu.

Jeden komentarz

Dodaj komentarz