Welome to Mumbai!

Mumbai powitał nas nocnym, dusznym i gorącym powietrzem. Po przemierzeniu długiego korytrza do hali przylotów pozostało nam czekać na samochód przysłany przez naszego hosta. Byliśmy świadkami ciekawego zjawiska, jakim było odymianie całej hali (wraz z pasażerami) czymś co pachniało jak nafta. Poskutkowało to tym, że wypłoszone z roślin komary zaczęły kręcić się wokół nas.

Pierwsze wrażenie z jazdy po Mumbaju? Chaos, ale taki uporządkowany. Wszyscy na wszystkich trąbią, wpychają się, przeciskają, ale jakimś cudem nie dochodzi do stłuczek. Jeździe tuk-tukiem poświęcimy osobny artykuł. Po dojechaniu na miejsce poszliśmy spać, a następnie ruszyliśmy na spacer w poszukiwaniu bankomatu. Musicie wiedzieć, że wwożenie i wywożenie z/do kraju indyjskiej waluty, jaką są rupie, jest zabronione. Jak już zdobyliśmy pieniądze, mogliśmy ruszyć na zwiedzanie.

Zgodnie z radą naszego hosta, wybraliśmy się do świątyni Iskcon (świątynia ruchu Hare Krishna), gdzie byliśmy świadkami ceremonii odsłonięcia figurek bogów, jak rownież modlitw, na które przybyło wiele wiernych. Skorzystaliśmy z możliwości zjedzenia darmowego posiłku, po czym daliśmy drobny (bardzo drobny, jak się okazało) datek na cele świątynne.

Następnie ruszyliśmy w stronę plaży Juhu, mijając naszą pierwszą swiętą krowę. Po krótkim wypoczynku wróciliśmy tuk-tukiem do domu, przy okazji dowiadując się, jakim cudem jest tak mało wypadków. Otóż Hindusi są bardzo przesądni i używają dużej ilości swoistych amuletów. Przykładem jest poniższe zdjęcie i amulet chroniący przed wypadkami.

Wieczorem pojechaliśmy na targ, żeby porozglądać się za ubraniami i zjeść coś na kolację. Był to nasz pierwszy kontakt z ulicznym jedzeniem, które okazało się nie dość, że bardzo smaczne, to i bardzo tanie. O indyjskim jedzeniu możnaby dużo mówić, dlatego postanowiliśmy nie opisywać tego, co jemy, na bieżąco. Zamiast tego pojawią się osobne artykuły na temat 🙂

Dodaj komentarz