Mathura to bzdura ;)

Dworzec w Mathurze okazał się całkiem inny niż w Mumbaju. Jedyne słowo, które nasuwało mi się na myśl kiedy go zobaczyłam – wieś. Szalejące małpy, byk zawzięcie wcinający coś z kosza, masa żebraków, ogrom ludzi i my przeciskający się między leżącymi, wsiadającymi i wysiadającymi pasażerami. Jednak najgorsze miało nas spotkać.

PSX_20150327_115746_20150327_131224

Rikszarze. Z takim nawałem rikszarzy podających ceny z kosmosu jeszcze się nie spotkaliśmy. Na dodatek nie mogliśmy się dodzwonić (mieliśmy jeszcze polski numer) do naszego hosta, a oblepiający nas rikszarze nie ułatwiali sytuacji. Ostatecznie ukryliśmy się na dworcu i znaleźliśmy pomocnego młodego Indusa, który zadzwonił do hosta i spisał adres guest house, do którego mieliśmy się udać. Ów Indus chciał pomóc nam załatwić rikszę w rozsądnej cenie, jednak i on został zalany falą rikszarzy. Trzeba tutaj dodać, że w Indiach nie istnieje pojęcie ‚prywatność’ i Indusi (a szczególni ci, którzy chcą na tobie zarobić) bardzo nachalnie podsłuchiwali i podglądali każde słowo powiedziane i zapisane na kartce przez naszego wybawiciela. Na szczęście duża konkurencja okazała się pomocna i Indus wybrał nam najlepszą ofertę. Z ulgą wsiedliśmy do tuk tuka i ruszyliśmy w stronę Vrindavanu. Okazało się, że nasz rikszarz nie ma większego pojęcia gdzie jechać, ale metodą „koniec języka za przewodnika” (czyli stawania co kilkadziesiąt metrów i dopytywania kogokolwiek, kto się nawinął) dotarliśmy na miejsce.

PSX_20150327_120048_20150327_131246

Po odpoczynku udaliśmy się na śniadanie do świątyni ISKCON (Hare Krishna). Sama świątynia jest bardzo ładna, jednak przyświątynna restauracja Govinda nie należy do najtańszych. Przykładowo zwykła harbata z przyprawami (chai) zamiast 7-20 Rs (rupii) kosztowała 50 Rs. Gwoli informacji, przelicznik to mniej więcej 1 zł = 18 Rs. Inne dania miały podobnie zawyżone ceny. W sumie to nie dziwi, jako że do świątyni przybywa dużo obcokrajowców, którzy są w stanie zapłacić takie kwoty.

W Vrindavanie zwiedziliśmy też nową świątynię ku czci Kriszny (nie zbudowaną przez ISKCON) zwaną Świątynią Miłości (Prem Mandir – Love Temple). Została zbudowana w całości z marmuru sprowadzonego z Włoch, a jej całkowity koszt budowy wynosił ok. 2,5 mld rupii (ok. 140 mln złotych). Sama świątynia jest faktycznie niesamowita. Wnętrze robi ogromne wrażenie, szczególnie piękne rzeźbienia z  marmuru. Świątynię polecamy zwiedzać wieczorem, kiedy to można podziwiać wspaniałe, płynnie zmieniające się oświetlenie murów oraz półgodzinny pokaz fontanny multimedialnej (start o 19:00).

Poza świątyniami, których w Vrindavanie jest wiele, nie ma tu nic ciekawego do zwiedzania. Można się wybrać łódką na drugi brzeg rzeki Jamuny, albo zobaczyć ghaty, które znajdują się jeszcze nad rzeką (Jamuna cofa swój bieg i większość pierwotnych ghatów znajduje się już na lądzie). Trzeba powiedzieć kilka słów a propos wycieczki łódką na drugi brzeg Jamuny. Łodzie nie dopływają do brzegu, więc chętni muszą być przygotowani na brodzenie przez ok. 10 m  po kolana w wodzie. Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło 🙂 Jamuna jest uważana przez Hindusów za świętą rzekę, w której kąpiel obmywa z grzechów, a prośby składane w jej kiedunku mogą zostać spełnione. W związku z tym podczas Holi można zobaczyć zbhangowanych (po bhangu – napoju mlecznym ze sporym dodatkiem – kilka gramów – pasty z konopii indyjskich) ludzi pływających w rzece i śpiewających pieśni ku chwale Krishny.

PSX_20150327_122011_20150327_131350

Ogólnie polcamy Vrindavan po sezonie (podobno jest bardzo spokojnie) tym, którzy chcą wypocząć, a tym którzy chcą poszaleć zapraszamy na Holi, które jest tu obchodzone z największym rozmachem (populacja miasta zwiększa się w tym czasie kilkakrotnie), a pomniejsze obchody trwają cały miesiąc.

Dodaj komentarz